główna anthropos? teksty autorzy rada recenzentów dla autorów indeksacja archiwum   English version
Kamila Gieba
Uniwersytet Zielonogórski

(Bez)ruch przestrzeni w Mieście Archipelagu Filipa Springera

     W 1999 roku przeprowadzono reformę administracyjną Polski, w ramach której utworzono szesnaście nowych województw. We wcześniejszych dekadach, w latach 1975-1998, miast wojewódzkich było aż czterdzieści dziewięć. Wraz z przebudową polskiej przestrzeni ponad trzydzieści z nich utraciło status wojewódzkich stolic. Jakie były kulturowe, ekonomiczne i społeczne skutki tej zmiany? Odpowiedzi na to pytanie poszukuje Filip Springer, który opisał swoje podróże po dawnych województwach w reportażu Miasto Archipelag. Polska mniejszych miast[1]. Autor porusza tutaj wiele wątków, wśród których można wymienić m.in. miejskie strategie promocyjne, planowanie przestrzenne, kulturowe i ideologiczne konotacje architektury, upadek przemysłu i degradację poprzemysłowych dzielnic, kompleksy prowincji[2] czy relacje centro-peryferyjne. W tym miejscu interesują mnie jednak przede wszystkim reprezentacje ruchu i przemieszczenia oraz bezruchu i inercji, przez pryzmat których można analizować doświadczania przestrzeni miejskiej.
     Zagadnienie mobilności (lub jej braku) w Mieście Archipelagu można rozpatrywać w kilku aspektach. Po pierwsze, sam autor stale jest w drodze, znajduje się w ciągłym ruchu, wędruje z miasta do miasta, z dzielnicy do dzielnicy, podróżuje pociągami, autobusami, taksówkami, pieszo. Spostrzeżenia z tych podróży umieszcza głównie w krótkich rozdziałach zatytułowanych Z drogi. Po drugie, metaforycznemu ruchowi podlega przestrzeń. Zmiany administracyjne[3] powodują bowiem jej deterytorializację (utratę dawnego statusu), a następnie reterytorializację (próbę przezwyciężenia stagnacji). Po trzecie, ruch i bezruch towarzyszą bohaterom reportaży Springera: ludziom usiłującym zająć określoną pozycję w nowym międzymiejskim układzie sił, podejmującym próbę zadomowienia bądź - odwrotnie - ucieczki z przestrzeni naznaczonej pejoratywnie rozumianą peryferyjnością. Problematykę małomiejskiego (bez)ruchu chciałabym zarysować właśnie w kluczu tych trzech kategorii - autora, przestrzeni i bohatera.

     Reporter w ruchu

     Ruch stanowi nieodłączny atrybut autora w reportażu podróżniczym. Podróż to "megamotyw tematyczny"[4] tego typu narracji. Springer, akcentując swoje przemieszczenie, eksponuje podmiotowy punkt widzenia - własną obecność - przez co łączy dwie funkcje: jest autorem / narratorem tekstu, a zarazem jednym z jego bohaterów[5], znajdującym się w stanie permanentnej mobilności. Dla motywu tego indywidualnego przemieszczenia reporter rezerwuje osobne miejsce: osobiste relacje lokuje w specjalnych rozdziałach zatytułowanych Z drogi. Każdy z nich opatrzony jest numerem porządkowym. W całej książce twórca reportażu umieszcza dziesięć takich części. Ta segmentacja tekstu sygnalizuje z jednej strony istotność osobistego doświadczenia, a z drugiej jego odrębność względem doświadczeń innych bohaterów.
     Springer konstruuje przy tym nie przewodnik, ale raczej reportaż-analizę, czyli taki typ wypowiedzi reporterskiej, który kieruje się w stronę "studium procesu społecznego, kulturowego i politycznego, w typ nowoczesnego reportażu łączącego faktografię z analizą socjologiczną i zintelektualizowaną interpretacją zdarzeń"[6]. Zapiski z podróży w Mieście Archipelagu stają się często pretekstem do formułowania diagnoz społecznych, do uogólnień dotyczących wpływu przestrzeni publicznej na kondycję społeczną Polaków. Tłem dla takich rozpoznań może być reprezentacja miejsc tranzytowych - poczekalni i dworców autobusowych czy kolejowych, czyli przestrzeni przechodnich i nierelacyjnych, które Marc Auge nazwał nie-miejscami[7]. Punktem wyjścia jest dla autora Warszawa - to stąd, z dworca na placu Defilad, wyrusza w podróż. Opis tego właśnie dworca rozpoczyna rozdział Z drogi #1:

Oczywiście, o ile można tak nazwać [dworcem - KG] kilka stojących pod gołym niebem ławek, plastikowy kibelek, przepełniony śmietnik i wbitą w beton tablicę oklejoną rozkładami jazdy. Brakuje tylko kopulujących bezdomnych psów. Stąd odjeżdżają kursy do Siedlec, Ostrołęki, Łomży, Białej Podlaskiej, Mińska Mazowieckiego czy właśnie Zamościa. Nie ma w tym mieście miejsca, które lepiej opisywałoby pełną stereotypów trudną relację pomiędzy stolicą a resztą kraju (Z drogi #1, s. 25).

     Stołeczny dworzec staje się metaforą relacji centro-peryferyjnych. Autobusy do wymienionych w cytacie miejscowości odjeżdżają z miejsca, o które nikt nie dba, tymczasowego, prowizorycznego, nieuporządkowanego. Ów opis ma obrazować lekceważący stosunek stolicy do mniejszych miast. Osobom, które do nich wyjeżdżają, nie należą się godne warunki podróżowania, skoro destynacja również nie jest "godna". Środek lokomocji koresponduje zresztą z charakterem dworca: "Mój bus był kiedyś biały [...] W środku lepi się i trochę śmierdzi" (Z drogi #1, s. 25). Cel podróży - Zamość - prezentuje się niewiele lepiej, zamojski dworzec przypomina ten warszawski: "Przyjechałem do Zamościa, bo gdzie indziej, jeśli nie tutaj, miałbym szukać definicji idealności. Na razie jednak wysiadam z busa i trafiam prosto w idealny chaos" (Z drogi #1, s. 26).
     Według nakreślonej w tekście perspektywy Zamość jest dla Warszawy nieistotną prowincją. Warto jednak nadmienić, że inny punkt widzenia - spojrzenie mieszkańca, osoby z wewnątrz - może przynosić zupełnie odmienne rozstrzygnięcia i zaświadczyć o ambiwalencji opozycji centrum-peryferie[8]. Springer pokazuje jednak stanowisko stołecznego hegemona - największego miasta w Polsce, zajmującego uprzywilejowaną pozycję kulturową na miejskiej mapie kraju. Czyni to, korzystając z hiperboli, celowo wyolbrzymia i przerysowuje napięcie między wielkomiejskością i małomiasteczkowością.
     Dworcowe kłopoty to jednak nie tylko zaniedbana infrastruktura. Podróżny jest zdany sam na siebie, jak w przypadku epizodu z dworca łomżyńskiego: "Skąd odjeżdżają autobusy do Ostrołęki, wiedzą na dworcu w Łomży tylko wtajemniczeni. W kasach wisi kartka, że informacji nie udziela się [...]. Informacji na dworcu w Łomży się nie udziela, tutaj trzeba ją zdobyć" (Z drogi #5, s. 149). Sama podróż jest równie problematyczna, co doświadczenie dworcowej przestrzeni tranzytowej. Etap oczekiwania na środek lokomocji generuje poczucie dezorientacji, które następnie jest wzmacniane przez przemieszczenie. W opisie podróży kolejowej Springer zarysowuje specyficzną sytuację bycia w ruchu:

Pociąg jęczy jak zarzynany mamut [...]. Patrzę przez okno. Krajobraz, ogołocony z jakichkolwiek ozdobników, cieszy brakiem budynków i dróg. Jakimś cudem nie ma tu nawet słupów energetycznych. Z okien pociągu wygląda to tak, jakoby ta ziemia dopiero czekała na skolonizowanie. Próbuję robić zdjęcia, ale aparat nie ma się o co zaczepić i gubi ostrość. Brakuje światła i wszystko wychodzi niewyraźnie (Z drogi #4, s. 107-108).

     Krajobraz widziany przez okno pociągu jest nieuchwytny, nie można go zatrzymać w kadrze: widok wydaje się "poruszać", sunąć w przestrzeni, stapiać w smugę barw; ponadto sam obserwator patrzy nie ze stałego, lecz z ruchomego punktu (punktów) widzenia. Wojciech Tomasik nazywa ten typ percepcji "widzeniem koleją". Wynalazek drogi żelaznej, jak pisze badacz, "[...] najdosłowniej - poruszył świat: rozmył kontury, wymieszał barwy, zatarł tożsamość przedmiotów"[9]. Opis poruszającego się widoku można zinterpretować jeszcze inaczej. Krajobraz, o którym pisze Springer, jest pozbawiony wytworów kultury: bez architektury (brak budynków), bez infrastruktury (brak słupów energetycznych). Nie ma w nim ludzi. Być może właśnie dlatego jest on dla obiektywu aparatu (i dla oka obserwatora) nieuchwytny. Nieostrość krajobrazu może wynikać z faktu, że brakuje w nim śladów ludzkiej aktywności. W efekcie można dojść do wniosku, że przestrzeń społeczna może zostać zaobserwowana dopiero pod warunkiem, że będzie naznaczona działalnością człowieka. Bez czynnika ludzkiego pozostaje ona niezapisana.
     Reporter w innym miejscu opisuje przemieszczenie nie jako sposób na dotarcie do celu, ale jako doświadczenie dezorientujące, generujące poczucie zagubienia i niepewności. Tak się dzieje, gdy w drodze do Tarnobrzega jest zmuszony skorzystać z komunikacji zastępczej zapewnionej przez PKP Intercity. W pewnym momencie kierowca gubi drogę, co sprawia, że w głowie Springera pojawiają się niepokojące wizje: "Dookoła jest idealna ciemność i przez chwilę myślę sobie, że ta przesiadka w Lublinie to była jakaś zorganizowana ściema, a fajtłapowaty kierowca z awersją do GPS-u okaże się zaraz psycholem, który wszystkich nas tu systematycznie wyrżnie albo żywcem spali" (Z drogi #6, s. 176). Kierowca wreszcie korzysta z nawigacji, ale okazuje się, że droga, którą pokazuje system radionawigacyjny, w rzeczywistym terenie nie istnieje. "Nie ma drogi i zaczynam podejrzewać, że nie ma też takiego miasta jak Tarnobrzeg" (Z drogi #6, s. 176). Autobus kluczy, zatrzymuje się, zawraca, zatacza pętle i jeździ w kółko. W końcu jednak dociera do miejsca przeznaczenia. Springer opowiada historię chaotycznej podróży tarnobrzeskiemu taksówkarzowi - ten jednak wcale nie jest zdziwiony, jakby dezorientujący i chaotyczny ruch był tu normą.

     Miasta przesunięte

     Deterytorializacją można określić proces "odkotwiczania się" elementów kulturowych czy konfiguracji kultur od tych miejsc, do których dotychczas były one przypisane[10]. Możliwość takiego przemieszczenia kulturowego wiąże się ze zmianą rozumienia mapy, która nie stanowi obiektywnego narzędzia opisującego przestrzeń, ale konstrukcję podatną na przekształcenia i rekonfiguracje. W efekcie przypomina raczej kłącze w rozumieniu Gilles'a Deleuze'a i Felixa Guattariego. Według nich mapa jako kłącze zostaje skonstruowana w taki sposób, aby można ją było rozmontować, zmodyfikować, przekształcić. Nie służy ona logicznemu "zakorzenianiu" przestrzeni, bo korzenie mogą łączyć się z gruntem tylko w jednym miejscu, wrastają w ziemię jednokierunkowo. W odróżnieniu od korzenia kłącze rozrasta się w sposób wielokierunkowy, nie ma początku i nie ma końca, jego odnogi mogą się krzyżować, przenikać i łączyć. Mapowanie na zasadzie kłącza jest zatem radykalnie otwarte na wciąż ponawianą cyrkulację znaczeń[11].
     Springer zwraca uwagę na tego typu subiektywność kartografii i jej podatność na manipulację. Wszystkie mapy kłamią - stwierdza, a dalej opisuje mapę odwzorowującą podział administracyjny Polski z 1975 roku: "Planując tę podróż, godzinami gapiłem się na mozaikę kolorowych plam, próbując połączyć jedną logiczną linią wszystkie te miasta, które kiedyś były stolicami województw, a dziś już nimi nie są [...]. Zaczynam rozumieć, że mam do czynienia z archipelagiem - nie tylko opowieści, ale i samych miast. Nie da się ich połączyć jedną linią" (Prolog, s. 10-11). Posługując się metaforą archipelagu, unieważniając przekonanie o racjonalności map, a tym samym odrzucając logikę kartograficznego rozumu, konstruuje własną "mapę narracyjną"[12] - dokonuje selekcji i projektuje nowy układ miast zdeterytorializowanych.
     Podstawą dla tej deterytorializacji są decyzje administracyjne, które spowodowały przesunięcie statusu ontologicznego byłych miast wojewódzkich, a w efekcie ich społeczną, kulturową i ekonomiczną degradację. Springer opisuje osobliwe symbole zmiany miejskich hierarchii. Częstochowa urządziła województwu symboliczny pogrzeb. W Białej Podlaskiej znajduje się pomnik z napisem "Województwo bialskopodlaskie 1 VI 1975 - 31 XII 1998", który miał upamiętnić dawną stolicę administracyjną, ale przypomina raczej grób. Swój nagrobek ma też Elbląg. "Tu leży województwo elbląskie. 31 XII 1998" - taki napis towarzyszy kamiennej płycie z pękniętą mapą regionu.
     Pęknięcie symbolizuje rozdzielenie województwa na pomorskie i warmińsko-mazurskie. Elbląg podporządkowano Olsztynowi, lekceważąc hanzeatyckie tradycje miasta, które nawiązują raczej do charakteru trójmiejskiego niż warmińsko-mazurskiego. Takich nieporozumień jest więcej:

Nie mniej kuriozalnym tworem tamtej reformy jest województwo podlaskie - ani mieszkańcy Suwałk, ani Łomży nie czują się i nigdy nie czuli mieszkańcami Podlasia, a na Białystok patrzą ze szczerą niechęcią. Z kolei Siedlce trafiły do województwa mazowieckiego, a nie bez powodu działają tu zespoły pieśni i tańca "Podlasie" i "Małe Podlasie" [...] Nawet produkowany tu pasztet nazywa się Podlaski (Reforma, s. 98).

     Białą Podlaską z kolei przypisano do Lubelszczyzny, a małopolski Radom do Mazowsza. Reforma w wielu przypadkach zdruzgotała wielowiekowe połączenia miast z regionami historyczno-kulturowymi. Reporter wskazuje na niezakotwiczone w tradycji aktualizacje mapy, a jednocześnie przywołuje dawną kartografię, ożywia pamięć o niej. Stara mapa daje "obraz minionej rzeczywistości historycznej, politycznej, społecznej [...]. Istotą mapy jest zatem ocalenie przemijającego obrazu rzeczywistości"[13].
     Ta przemijająca rzeczywistość nabiera wielowymiarowego znaczenia szczególnie w przypadku miast z niemiecką przeszłością, jak choćby Legnica i Elbląg, które w granicach Polski znalazły się po drugiej wojnie światowej. W Legnicy Springer poszukuje ławki Ruffera, przedwojennego mieszkańca Liegnitz. Spytani o drogę policjanci wprawdzie wskazują odpowiednie miejsce, ale dopowiadają: "Tyle że tam nic nie ma" (Klęski w dziejach miast, s. 50). Ich słowa świadczą o niedostrzeganiu wartości kulturowych archiwów krajobrazowych, o braku historycznej wrażliwości, a może po prostu o chęci życia dniem dzisiejszym, bez powrotów do przeszłości. Autor odnajduje jednak osoby reprezentujące przeciwną postawę, założycieli portalu liegnitz.pl, którzy zmagają się z niechęcią do odkrywania niemieckiej historii miasta. Jeden z nich, Bartek Rodak, opowiada, że gdy montowali tablicę pamiątkową upamiętniającą niemieckiego właściciela legnickich kamienic, usłyszeli od przechodnia: "Po co tu tego Niemca przypominacie, żebyśmy na tę tablicę sikali? Będziemy sikać" (Katastrofy w dziejach miast, s. 55). Z innym problemem zmagał się przez wiele lat Elbląg. Wojenna pożoga pozostawiła po sobie zgliszcza, Stare Miasto przestało istnieć. Elblążanie znaleźli jednak remedium na ruiny. Jednym z nich była działalność Galerii EL, traktującej krajobraz jak materiał rzeźbiarski, oraz Biennale Form Przestrzennych, przekształcające przestrzeń miejską w galerię sztuki. Drugim była retrowersja, czyli odbudowanie starówki bez posługiwania się pozbawionymi autentyzmu atrapami, ale z respektowaniem historycznej topografii: zachowując średniowieczną siatkę ulic, nawiązując kształtem kamienic do form przedwojennych.
     Zabiegi legnickie i elbląskie wpisują się w reterytorializację, którą traktuję jako próbę ponownego kulturowego i przestrzennego zakotwiczenia miasta w dyskursach tożsamościowych, a mówiąc prościej: jako powtórne nadawanie znaczenia terytoriom zdewaluowanym. Jest to możliwe nawet w otoczeniu ruin. Na kartach książki ruiny pojawiają się bardzo często, i to nie tylko w tużpowojennym kontekście, tak jak w Elblągu. W mniejszych miastach - w tych, w których upadł miejscowy przemysł - nierzadko można zobaczyć tereny poprzemysłowe. Tak jest w pokopalnianym Wałbrzychu czy Koninie. Tak jest też w Tarnobrzegu. Ruiny upadających Zakładów Chemicznych Siarkopol dzięki Przemysławowi Woydylle stały się scenerią dla turniejów paintballowych, miejscem popularnym wśród amatorów tej gry i tłumnie przez nich odwiedzanym. Pomysłodawca tłumaczy: "Widzisz, te ruiny, one są świetnym pretekstem do narzekania. Ale można w nich też zobaczyć jakiś potencjał, jakąś szansę, i ją wykorzystać. Wiesz, jaką radość mają ci ludzie, którzy tu przyjeżdżają? Oni w tych zgliszczach mogą się kompletnie wyłączyć [z życiowej rutyny - KG] (Matka kopalnia, s. 185). Innym pomysłem jest artystyczne przetwarzanie krajobrazu miejskiego, jak robią to Stforky - zamojska anonimowa grupa grafficiarzy tworzących murale.
     Dzięki zaangażowaniu ludzi miasta zaczynają ożywać, ich nowe historie zapisują się czerwonym atramentem - symbolem pozytywnej zmiany ukutym przez Slavoja Žižka. Czerwony atrament "symbolizuje język, którym można wyrazić, że jest zupełnie inaczej, niż się wszystkim wydaje, że jest" (Czerwony atrament, s. 227)[14]. Często jednak próby reterytorializacji mniejszych miast przebiegają w inny sposób: przez naśladownictwo wzorców centralnych czy też próby wpisania peryferyjnych miejscowości w ogólnonarodowe czy globalne trendy. Do nich należą aspiracje miasteczek do posiadania "swojego" Mc Donalda, co oznacza nie tylko budowę restauracji szybkich dań, ale również włączanie się w proces makdonaldyzacji - postępującej biurokratyzacji, standaryzacji, manii efektywności i kalkulacyjności we wszystkich dziedzinach życia społecznego[15]. Springer prezentuje obrazki z życia ludzi pogrążonych w inercji, dla których - z barku innych możliwości - wizyta w Mc Donaldzie staje się wyjątkowym wydarzeniem. Przykładem jest Ciechanów, w którym wprawdzie nie ma jeszcze sieciowej restauracji, ale domagają się tego mieszkańcy, którzy założyli nawet profil na Facebooku "Chcemy McDonald's w Ciechanowie". Autor ironizuje: "Można zakładać, że gdy sieć w końcu otworzy swój lokal w mieście, na jego otwarcie zostaną zaproszone władze miasta, a przed zjedzeniem inauguracyjnego hamburgera ksiądz zmówi modlitwę i poświęci stoliki" (Reportaż z przyszłości, s. 117). Więcej szczęścia ma Łomża, posiadaczka lokalu: "Koniec października, a łomżyński McDonald wibruje jak lampion powieszony na werandzie w letnią noc. Ci, którzy są stąd, wiedzą, że jeśli cokolwiek się dzisiaj w tym mieście zdarzy, to właśnie tutaj" (Reportaż z przyszłości, s. 117).
     W taką globalizująca reterytorializację można wpisać także zabudowywanie miast galeriami handlowymi, co Springer uznaje za pewnego rodzaju prawidłowość: "Galeria handlowa to po prostu kolejny krok w cywilizacyjnym rozwoju średnich miast. Tak jest to postrzegane, nie tylko tutaj, w Ostrołęce, ale właściwie w całym Archipelagu" (Targowisko, s. 157). W Wałbrzychu galeria wyznacza granicę między obszarami "ucywilizowanymi" a "dzikimi" - oddziela śródmieście od Sobiecina, poprzemysłowej i pożydowskiej dzielnicy, zdegradowanej gospodarczo po likwidacji kopalń.
     Reterytorializacja średnich miast ma zatem różne oblicza. Może polegać na próbie konstruktywnej przebudowy przestrzeni publicznej, na twórczym wykorzystaniu lokalnego krajobrazu, resuscytowaniu pamięci o dawnych dziejach. Mogą to być również inicjatywy oddolne podejmowane przez mieszkańców, którzy nie zgadzają się na grzęźnięcie w marazmie. Inna jeszcze możliwość nadawania znaczeń polega na imitacji globalnych wzorów kultury, co wiąże się z kolei z utratą lokalnej specyfiki[16].

     Człowiek: akcja i stagnacja

     W wypowiedziach, które zebrał Springer, często powtarza się motyw kompleksu prowincji, wyrażony w deklaracji chęci ucieczki ze średniego miasta lub też w przekonaniu, że w takim miejscu nic nigdy nikomu się nie przydarza. Z drugiej strony reporter pokazuje ludzi, którzy nie dość, że są zdolni do konstruktywnej aktywności, to jeszcze uważają, że mniejsze miasta to najlepsza przestrzeń do życia. Tworzy się w ten sposób nieco schizofreniczna sytuacja rozdarcia między wstydem a dumą, między negacją a afirmacją.
     "Świat, proszę pana, [...] to jest gdzie indziej. W Koszalinie za dużo świata nie ma" (Reportaż z przyszłości, s. 127) - mówi kelnerka w koszalińskiej kawiarni. "Większość moich uczniów nastawiona jest na wyjazd [...] Zostanie w Jeleniej Górze traktują jako życiowe niepowodzenie" (Ucieczka, s. 209) - stwierdza polonista z jeleniogórskiego liceum. "Dla mnie już, Jacek, za późno, tylko ty do tego Sieradza nie wracaj" (Ucieczka, s. 212) - przestrzega matka syna szukającego pracy poza rodzinnym miastem. Tę tendencję ilustrują nie tylko wypowiedzi bohaterów, ale również liczby. Prolog książki poprzedza wykaz liczby mieszkańców poszczególnych miast, po których podróżował Springer. Jest to zestawienie danych Głównego Urzędu Statystycznego z roku 1975 (utworzenie czterdziestu dziewięciu województw), 1999 (utworzenie szesnastu województw) oraz 2015 (czas, gdy autor zbierał materiały). We wszystkich tych miastach (poza Lesznem, Siedlcami i Suwałkami) zaszły podobne procesy. W 1975 roku liczyły one najmniej mieszkańców, w 1999 roku znacznie więcej niż u progu reformy z lat siedemdziesiątych. Może to oznaczać, że status województwa przyczynił się do wzrostu ludności. Dane z 2015 roku wskazują natomiast na odpływ mieszkańców - liczby z tego roku są niższe niż te ze schyłku lat dziewięćdziesiątych.
     Jednym z najbardziej symptomatycznych rozdziałów jest Niedziela. Ten dzień tygodnia okazuje się najtrudniejszy. Pretekstem do opowieści o niedzielnym marazmie jest dla Springera Biała Podlaska i zaobserwowany w galerii handlowej człowiek. Reporter postanawia go śledzić. Mężczyzna wychodzi z kawiarni, krąży po ulicach, czyta plakaty, ogląda witryny, kupuje w markecie smalec, a potem wsiada do samochodu, siedzi za kierownicą i przez kilkanaście minut bezczynnie patrzy przed siebie. "Trochę się boję zostawiać go samego. Mam wrażenie, że wyjmie ze schowka pistolet i strzeli sobie w głowę, a ja usłyszę za plecami tylko przytłumiony huk wystrzału. Ale z drugiej strony, kto kupuje smalec przed popełnieniem samobójstwa" (Niedziela, s. 268).
     Mężczyzna co prawda przemieszcza się, jest to ruch całkowicie bezproduktywny. Wynika z ogromnego znudzenia, z niezdolności do podjęcia jakichkolwiek działań. Śledzony człowiek przypomina Baumanowskiego włóczęgę, którego utrzymuje w ruchu "rozczarowanie poprzednim miejscem postoju i tląca się wciąż, wszystkiemu na przekór, nadzieja, że następne miejsce [...] będzie wolne od wad, czyniąc pobyt w miejscach, w których już był, nie do wytrzymania"[17]. Wędrówka staje się męczarnią, jest rozmyta w przestrzeni, pozbawiona sensu, ponieważ do niczego nie zmierza, u jej końca nie znajduje się żaden cel.
     Kompleks prowincji przypomina często samospełniającą się przepowiednię. Springer udowadnia, że ubolewanie nad ciężkim losem mieszkańca peryferii tylko pogłębia entropię i umacnia zaściankowe status quo. Przekonują o tym również ci bohaterowie reportaży, którzy próbują ów stan rzeczy odmienić, tak jak wspomniane już Stforky. Grupa prowadzi na Facebooku profil pod ironiczną nazwą "W Zamościu nic się nie dzieje", gdzie umieszcza codziennie informacje o wydarzeniach kulturalnych organizowanych w mieście. Również oni próbowali z Zamościa uciekać, a jednak wrócili. Jeden z nich mówi o Warszawie:

Mnie to ciągle gryzło, że ja tam nigdzie nie jestem u siebie [...], że, wiesz, idę przez miasto i nie mam żadnych wspomnień, nic się do mnie nie przykleja. Wracałem tu, zjadałem mielonego u mamy, wychodziłem na osiedle i odżywałem. Jak były akurat jakieś święta, to spotykałem kumpli ze szkolnej ławy. Obserwowałem ich z daleka, szli z zakupami i mieli uśmiechnięte pyski. Wyobraź sobie, całe osiedle uśmiechniętych kolesi tylko dlatego, że wrócili w rodzinne rewiry. [...] Bo to jest idealne miejsce do życia, miasto w ludzkiej skali, dobre do bycia z innymi (Moje, s. 36).

     Stforky posługują się street-artem jako narzędziem przezwyciężenia stagnacji. Działania artystyczne stanowią remedium również dla Kalisza. Natalia Szczawińska wyreżyserowała spektakl o tym mieście pod tytułem Klęski w dziejach miast. "Tam ze sceny padają zdania, które wszyscy tu znaliśmy z życia. Że się nie da, że po co, że wszystko przeciwko nam i że kiedyś to było - wszyscy w to wierzyliśmy!" (Klęski w dziejach miast, s. 59). Ten stan reżyserka określa neologizmami Kaliszmar i niedasizm. Tak pozostanie, jeśli ludzie nie zaczną pisać historii prowincji Žižkowym "czerwonym atramentem" - jeśli nie zaczną pokazywać, że o małym czy średnim mieście można mówić i myśleć inaczej.
     Peryferie wstają z kolan - co więcej, dla lokalnych społeczności to one stanowią centrum. Nie bez powodu Springer przywołuje Leszka Kołakowskiego, który podczas uroczystości nadania mu tytułu Honorowego Obywatela Miasta Radomia przekonywał: "Ta przestrzeń, niewielka, w której się obracamy, nasze domy, ulice, cmentarze, kościoły [...] jest centrum świata, do którego wszystkie inne kawałki uniwersum są odniesione, zrelatywizowane" (Klęski w dziejach miast, s. 39). Nobilitacja peryferii, proces znajdujący się obecnie w polu uwagi badań humanistycznych[18], może wynikać z wielu różnych czynników. Może to być przekonanie, że nasz świat to nasze centrum, jak mówił Kołakowski. Na tę antropologiczną prawidłowość wskazywał zresztą Mircea Eliade - tam, gdzie jesteśmy my, jest też axis mundi, ponieważ "nasz świat znajduje się zawsze w środku"[19]. Jednak przyczyna "pochwały prowincji"[20] może być jeszcze inna: tkwi w kompleksie, jest jego rewersem. Poczucie bezradności, stagnacji, gorszości, marazmu powoduje, że człowiek prowincji musi stale udowadniać swoją wartość. "Archipelagiem targają dwa uczucia: poczucie krzywdy i tęsknota" (Dwa uczucia, s. 283). Pomiędzy nimi rozpięte są działania zmierzające do uaktywnienia potencjału małych i średnich miast: aktywność rodzi się z przeświadczenia o pokrzywdzeniu przez inny, lepszy świat, a zarazem zmierza do wymazania tęsknoty za tym właśnie światem.

     (Bez)ruch. Podsumowanie

     W opisanych przez Springera miejscach dochodzi do ciągłej renegocjacji znaczeń przypisywanych przestrzeni. Reprezentacje miejskich organizmów w Mieście Archipelagu to ambiwalentny wizerunek (bez)ruchu, zawieszenia pomiędzy statycznymi stanami i dynamicznymi procesami. Petryfikacji podlegają byłe miasta wojewódzkie, które często okazują się niezdolne do rozwoju, a także ich mieszkańcy, a właściwie ta ich część, która uznaje, że wszelkie działania w małym mieście są pozbawione znaczenia, bez szans na powodzenie. Taki brak ruchu można rozumieć dosłownie jako negatywny stan bez przemieszczenia. Bezruch, jak się okazuje, może jednak konotować pozytywne znaczenia. Dzieje się tak w przypadku ludzi, którzy ze względu na przywiązanie do osobistego centrum świata postanawiają pozostać na miejscu. To właśnie ono - bliskie, niewielkie miasto - generuje poczucie swojskości i zadomowienia, jakiego nie zapewnia odległa, wielka metropolia.
     Również ruch w analizowanej książce problematyzowany jest wielorako. Podlega mu sam reporter, który nierzadko eksponuje podmiotowy punkt widzenia za pomocą narracji autotropicznej. Ruch jest ponadto atrybutem miejskiej przestrzeni: ten aspekt w przypadku Miasta Archipelagu dotyczy zmian administracyjnych, czyli transformacji przebiegu wojewódzkich granic i związanej z nią modyfikacji statusu (urzędowego, kulturowego, społecznego). Innego rodzaju przesunięcie przestrzeni nastąpiło ponadto w miastach "poniemieckich" i "pożydowskich", w których pamięć o dawnych mieszkańcach bywa uśpiona. W tym przypadku obywatelska, oddolna aktywność oznacza ruch w głąb historii, wydobycie na powierzchnię zapomnianej warstwy miasta (to działanie nie tylko wspomnianych wcześniej legniczan, przypominających o niemieckich źródłach miasta, ale też chełmskiego zespołu Szalom Chełm, nawiązującego do kultury żydowskiej).
     Kwestia wojewódzkości w Mieście Archipelagu często jednak okazuje się drugorzędna. W ostateczności w centrum uwagi reportera są ludzie - współcześni mieszkańcy opisanych miast,bich smutki, niepokoje i rozczarowania, ale również ich radości, nadzieje i sukcesy. Opowieść o mieście zawsze jest jednocześnie opowieścią o człowieku.


Abstract
Kamila Gieba
(Im)mobility of Space in Filip Springer's Miasto Archipelag

     The article applies representations of mobility and immobility in Miasto Archipelag written by Filip Springer. The book is record of a reporter's trip to the polish former provincial cities. The issue of displacement is considered in three perspectives: move as a narrative dominant; as deterritorialization and reterritorialization of place and as domain of urban activity.

     Keywords: Filip Springer, mobility, immobility, place


[1] F. Springer, Miasto Archipelag. Polska mniejszych miast, Kraków 2016. Cytaty z tej pozycji lokalizuję w tekście głównym, podając w nawiasie tytuł rozdziału i numer strony.
[2] Sam autor w książce ani razu nie używa słowa prowincja, w jednym z wywiadów mówi, że nie odnosi tego pojęcia do miast, które odwiedza, chociaż używają go jego rozmówcy: "Prowincja jest w głowie, a nie w terenie, w Warszawie też może być prowincja", "Miasto Archipelag" Filipa Springera. Prowincja jest w głowie, wywiad z autorem przeprowadzony przez Piotra Kozaneckiego, https://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/wywiad-z-filipem-springerem-o-jego-ksiazce-miasto-archipelag/b6x5mh [dostęp: 12.02.2018].
[3] Springer nie opisał dwóch byłych wojewódzkich miast: Gorzowa Wielkopolskiego (dawne województwo gorzowskie, obecnie: lubuskie) oraz Bydgoszczy (dawne województwo bydgoskie, obecnie: kujawsko-pomorskie). Chociaż autor nie tłumaczy, dlaczego tych akurat miast nie uwzględnia. to wydaje się, że takie pominięcie wynikało z faktu, że obecnie znajduje się w nich część wojewódzkiej administracji (siedziby władz lubuskiego mieszczą się w Zielonej Górze i Gorzowie Wielkopolskim, a kujawsko-pomorskiego w Toruniu i Bydgoszczy).
[4] A. Rejter, Kształtowanie się gatunku reportażu podróżniczego w perspektywie stylistycznej i pragmatycznej, Katowice 2000, s. 78.
[5] Manifestacja podmiotowego punktu widzenia bywa uznawana za element literackości reportażu, jeśli dominuje nad sprawozdawczością - dziennikarską funkcją informowania. Eksponowanie przez autora własnej podmiotowości i subiektywnego oglądu rzeczywistości stanowi literacką "skazę" na dziennikarskim materiale, por. K. Frukacz, Między literackością a podmiotowością. Nowy wymiar "skażenia" polskiego reportażu (na przykładzie "Zapisków na biletach" Michała Olszewskiego), "Postscriptum Polonistyczne" 2013, nr 1 (11), s. 153-166. Na genologiczne konsekwencje eksponowania podmiotowości autora w reportażu podróżniczym zwraca uwagę Dorota Kozicka, por. D. Kozicka, Dwudziestowieczne "podróże intelektualne" (Między esejem a autobiografią), "Teksty Drugie" 2003, nr 2/3, s. 41-59.
[6] Cz. Niedzielski, Reportaż, w: Literatura polska XX wieku. Przewodnik encyklopedyczny, red. A. Hutnikiewicz, A. Lam, Warszawa 2000, s. 99.
[7] Por. M. Auge, Nie-miejsca. Wprowadzenie do antropologii hipernowoczesności, przeł. R. Chymkowski, Warszawa 2010. Dworce kolejowe jako nie-miejsca, z którymi jednak można nawiązać pewnego rodzaju relację tożsamościową, opisała Aneta Włodarczyk, por. A. Włodarczyk, Samotność w tłumie. Analiza przestrzeni dworca w świetle koncepcji nie-miejsc, w: Kolej na kolej. Pociąg, dworzec, poczekalnia w literaturze i refleksji humanistycznej, red. K. Gieba, J. Łastowiecki, M. Szott, Zielona Góra 2015, s. 257-262.
[8] W przypadku Zamościa przekonuje o tym proza Piotra Szewca, na ten temat por. D. Lisak-Gębala, "Centrum - Wszystko". Zamość w prozie Piotra Szewca, w: Centra - peryferie w literaturze polskiej XX i XXI wieku, red. W. Browarny, E. Rybicka, D. Lisak-Gębala, Kraków 2015, s. 354-365.
[9] W. Tomasik, Ikona nowoczesności. Kolej w literaturze polskiej, Wrocław 2007, s. 193.
[10] Z. Pucek, Tożsamość w wielokulturowej przestrzeni, "Euro-Limes" 2005, nr 1 (5), http://janek.uek.krakow.pl/~limes/files/el1(5)2005/zp_limes1(5).pdf [9.02.2018].
[11] G. Deleuze, F. Guattari, Kłącze, przeł. B. Banasiak, "Colloquia Comunia" 1998, nr 1-3, s. 234.
[12] Por. E. Rybicka, Geopoetyka. Przestrzeń i miejsce we współczesnych teoriach i praktykach literackich, Kraków 2014, s. 152.
[13] E. Konończuk, Mapa w interdyscyplinarnym dialogu geografii, historii i literatury, "Teksty Drugie" 2011, nr 5, s. 263.
[14] O czerwonym atramencie Slavoj Žižek mówił w 2011 roku, podczas Occupy Wall Street. W jego przemówieniu symbol ten miał jednak inny kontekst niż w książce Springera: oznaczał język, którego nam brakuje, a za pomocą którego bylibyśmy w stanie wyrazić brak wolności w zglobalizowanym świecie. Treść przemówienia jest dostępna na stronie internetowej "Krytyki Politycznej": S. Žižek, Małżeństwo kapitalizmu i demokracji właśnie się rozpadło, http://krytykapolityczna.pl/swiat/slavoj-zizek-malzenstwo-kapitalizmu-i-demokracji-wlasnie-sie-rozpadlo/ [dostęp: 10.02.2018].
[15] Por. G. Ritzer, Makdonaldyzacja społeczeństwa, przeł. S. Magała, Warszawa 1997.
[16] G. Mathews, Supermarket kultury. Globalna kultura - jednostkowa tożsamość, przeł. . E. Klekot, Warszawa, s. 7.
[17] Z. Bauman, Etyka ponowoczesna, przeł. J. Bauman, J. Tokarksa-Bakir, Warszawa 1996, s. 327. Figurą włóczęgi posługuje się także John Urry, por. J. Urry, Socjologia mobilności, przeł. J. Stawiński, Warszawa 2009, s. 45-52.
[18] Można wymienić choćby takie przykładowe prace, jak zbiorowa monografia Centra-peryferie w literaturze polskiej XX i XXI wieku..., czy też tematyczne numery czasopism: "Konteksty" 2008, nr 2 (temat: Pochwała prowincji) i "Jednak Książki" 2014, nr 1 (temat: [Mało]miejskość).
[19] Por. M. Eliade, Święty obszar i sakralizacja świata, w: tegoż, Mit, sacrum, historia. Wybór esejów, przeł. A. Tatarkiewicz, Warszawa 1974, s. 79.
[20] Taką formułą Andrzej Zawada zatytułował zbiór esejów o Dolnym Śląsku, por. A. Zawada, Pochwałą prowincji, Wrocław 2009.

do góry









































strona 192








































strona 193








































strona 194








































strona 195








































strona 196








































strona 197








































strona 198








































strona 199








































strona 200








































strona 201








































strona 202








































strona 203








































strona 204

główna anthropos? teksty autorzy rada recenzentów dla autorów indeksacja archiwum   English version