główna anthropos? teksty autorzy rada recenzentów dla autorów indeksacja archiwum   English version
Mariusz Jochemczyk

Ad fontes. Nataszy Goerke powroty do Nepalu

Dalekie podróże, w przeciwieństwie do podróży bliskich,
pozwalają na oddalenie bez jednoczesnego zbliżenia.
(Pożegnanie plazmy).

     Zważywszy na jednorodny, ściśle geograficznie zdefiniowany kontekst wypowiedzi oraz jednolitą pod względem topograficznej charakterystyki siatkę realiów, oplatających poszczególne karty niniejszego eseju - tytułowa formuła winna brzmieć: ad montes. Ponieważ jednak bohaterka szkicu - Natasza Goerke - nijak nie zasługuje na miano "Wandy Rutkiewicz polskiej prozy", nie pisze trekkingowych poradników, nie organizuje sponsorowanych wypraw dla młodych yappie, spragnionych jałowego smaku himalajskiego powietrza - wypadnie przy nizinnej, "źródłowej" metaforze pozostać. A nawet więcej: wykorzystać owej metafory dynamiczny, nadany lata temu przez Erazma z Rotterdamu, "fluwialny" potencjał. Pełen energii "akwatyczny puls" obrazowego pojęcia, jego semantyczny rys związany nieodmiennie z gwałtownym zwrotem, duchową apostazją: odstąpieniem od tego, co znajome i familiarne (oryginalnie Erazmowe: conversio!), konsekwentnym ruchem "pod prąd", rezygnacją z wygód łatwej drogi i radykalnym "resetem", wyzwalającym z uścisku poręcznych (europejskich) przesądów - oto intelektualna marszruta tomu opublikowanego ostatnio nakładem wydawnictwa Czarne, książki stanowiącej swoisty medytacyjny, "orientalny notatnik" Nataszy Goerke[1]. Wektorem wyznaczającym zaś kierunek ponawianej przez trzy dekady wędrówki, krzywą kreślącą trajektorię tego swoistego, topograficzno-duchowego "zwrotu" pozostaje nieodmiennie tytułowy zaimek wskazujący, gramatyczny wykładnik celu. Owo tytułowe "TAM" pozostaje konsekwentnie przestrzenią nieoswojoną. W serii kolejnych poznawczych przybliżeń, regulowanych częstotliwością upartych powrotów, nie traci nic ze swej nieprzenikliwości - pozostaje miejscem enigmatycznym, wabiącym, niedostępnym, tajemniczym.
     Autorka nie ulega nigdy łatwej pokusie redukcji. Nie ujmuje swego doświadczenia w dyskursywne kleszcze deiktycznego uproszczenia, nie daje zwieść się pozornie bezpiecznej formule swobodnie jednającej ego z miejscem tymczasowego stacjonowania - oto jestem: "TU". Gdyby tak było, retoryczna fraza szybko zrodziłaby i błyskotliwie pisarsko usprawiedliwiła (złudne) pożytki płynące z "oswojenia i udomowienia" tego, co "nie moje". Dyskursywną aprobatę zyskałyby praktyki już to dyskretnego, już to triumfalnego zawłaszczania miejsca, "moszczenia i goszczenia się" w nim, lekceważenia świętych i niezbywalnych praw gospodarzy:

Turysta w Nepalu, niczym klient w Tesco, jest panem. Jego zachowanie przypomina popisy turystów z Wielkiej Brytanii czy Szwecji, którzy pokochawszy taniość polskiego piwa, stali się swego czasu postrachem Krakowa. Popisy turystów w Nepalu nie kończą się jednak na knajpianych zadymach i demolkach hoteli, na demontażu zabytków czy patologicznym obsikiwaniu trawników i klombów, bo to akurat standard zachowań turystów na całym świecie. Specyfiką Nepalu jest to, że aktywizuje w turystach skłonność do nadczłowieczeństwa i sprawia, że traktują tubylców z bezwzględnością mrocznych imperatorów. Osobliwa tresura kelnerów czy obsługi hotelowej jest tu na porządku dziennym, podobnie zresztą jak traktowanie z buta rykszarzy, taksówkarzy, właścicieli ulicznych kramików czy żebraków (T, 99-100).

     Jeszcze lepiej problem przybliżony zostaje przez Goerke w ironicznie zaprojektowanej formule "ćwiczenia wyobraźniowego", karykaturalnie odwracającego porządek oczekiwanych zdarzeń. Oto my, turystyczni eksploratorzy najdalszych krain, syci i zasobni europejscy travelbryci, zuchwali przeszukiwacze trzecioświatowych zakamarków - stajemy się nagle (wymyślonym na potrzeby tekstowego eksperymentu) obiektem zainteresowania owego odległego "TAM". Zaaranżowany przez autorkę spektakl "nieoczekiwanego najazdu" doskonale odsłania niszczycielski proceder pozornie niewinnej, egzotycznej wakacyjnej eskapady "białego człowieka" - faktycznego bohatera literackiej przebieranki:

Wyobraźmy sobie, że mamy dom z ogrodem w takiej, dajmy na to Bukowinie. I że kiedy myjemy się właśnie pod pompą, do naszego ogrodu wtacza się znienacka grupa przebranych za krakowiaków i górali turystów z Nepalu. Turyści ci zachwyceni naszym rustykalnym wdziękiem, wyjmują telefony i zaczynają robić zdjęcia: nam, jak myjemy pachę, naszej małej córce, jak na golasa ugania się za motylkiem, naszej matce, która przysłania suknią kolano, bo na kolanie kończy się jej noga. Po chwili, zanim cokolwiek zdołamy powiedzieć, turyści ci - nie bacząc na swe nowiutkie kierpce i pawie pióra w czapkach - rozbiegają się niczym stado lajkoników po grządkach sałaty, piszczą na widok bocianiego gniazda, zatykają sobie za uszy pączki naszych róż i zachwyceni rzucają się na krzew porzeczki. Objadłszy porzeczkę, wdrapują się na dach naszego domu i pośród suszących się tam spódnic i staników urządzają sobie radosny piknik. [...] Na pożegnanie robią sobie jeszcze zdjęcie z naszym bezzębnym, niekojarzącym o co chodzi dziadkiem, odłamują kawałek klamki, żeby mieć pamiątkę z pobytu w Polsce i wręczywszy nam długopis i pięć złotych, wychodzą, zostawiając na podłodze ślady błota (T, 106-107).

     To oczywiście wypreparowane na potrzeby "turystycznej typologii zachowań" przypadki skrajnie ostentacyjnego pogwałcenia reguł rządzących realiami bezbronnego, gościnnego "TU". Nie da się jednak zwieść drastyczności "odwróconego opisu" nawet mało uważny znawca Orientu - wie bowiem, iż protekcjonalne traktowanie autochtonów, spoglądanie z wyższością na domenę nawiedzanego przelotnie azjatyckiego "TU" pozostaje specjalnością zarówno prymitywnych turystów z Europy Zachodniej, jak i buńczucznych Jankesów, czy wyrafinowanych dyplomatów z Meksyku. Kto czytał Podpatrywanie Indii Octavio Paza ten wie, że estetyka zbyt często staje się pozornie tylko niewinnym narzędziem, skrywającym de facto pokłady silnej kulturowej dominacji. Język zaś - sprawnie zestrojonym instrumentem, przybranym w girlandy udawanej empatii.
     W tym kontekście - zainteresowanie Nataszy Goerke bogactwem nepalskiej kultury (czy szerzej: różnorodnym i różnorakim dziedzictwem Nepalu, Tybetu i północnych Indii) nie nosi znamion ani turystycznej "powierzchowności"[2], ani zdradliwej "głębi", przed którą przestrzegał Friedrich Nietzsche, świadom, iż zbyt często skrywa myśli ułowione w mętnej wodzie pewności (a tym samym: sycące jedynie pragnienia sezonowej atrakcji). Nie jest to fascynacja akademickiego specjalisty (choć autorka trudną drogę indianistyki oraz indologii przechodziła na uniwersytetach w Krakowie i Hamburgu) żmudnie weryfikującego teoretyczne miazmaty w glinie terenowego badania. Projektu (czy to dobre słowo?) Nataszy Goerke nie animuje też (tym bardziej!) ambicja natchnionej emisariuszki idei, głoszącej niewątpliwe pożytki płynące z przyjęcia starej dobrej nowiny - nawet jeśli patronem tejże jawi się piękny książę-outsider "z dumnego rodu Śakjów z okolic Kapilwestu" (T, 33). I choć, jak głosi tytuł jednego z pierwszych rozdziałów książki - jej duchowe "źródło" bije w świętym gaju Lumbini (miejscu narodzin Siddharthy Gautamy), jej poznawcze "rzeki" meandrują nieodmiennie ku ożywczym puentom i gnomicznym formułom mądrościowym[3] - trudno opatrywać najnowszy tom autorki Fractali etykietą "buddyjski", jej samej nie sposób zaś określić dumnym mianem ambasadora wspólnoty newarskiej w Europie.
     Czym zatem jest owa książka? Na wstępie spróbujmy ustalić jej - oczywiście nie od razu: potrzeba tu serii przybliżeń i uszczegółowień - gatunkowy charakter. Próbę genologicznego oznaczenia osłabia jednak delikatna autorska sugestia:

po serii opowiadań napisałam coś, co jest prozą międzygatunkową. Tam jest chyba najbardziej pokrewne esejowi, może literaturze faktu, choć nieco upoetycznionej. Jednak nie ma w niej miejsca na konfabulację, co najwyżej w pewnych momentach niektórym z bohaterów zacieram rysy twarzy (WN).

     Niwelujący moc twierdzenia ciąg wyrazowy ("chyba", "może", "nieco", "co najwyżej") determinuje od razu ostrożność w podejmowaniu jakiekolwiek prób nazewniczych, patronuje defensywnej energii semantycznej wszelkich możliwych definicji i charakterystyk. Zwłaszcza tych krytycznych, które z dużą ochotą korzystają zwykle z językowych "uników", "przesłon", "zaklęć". Czytamy w prasowych i internetowych omówieniach, iż Tam to: "specyficzny bedeker" ("Polityka", 16.05.2017), "mały, dobry przewodnik" ("Gazeta Wyborcza", 02.06.2017), "zbiór opowieści/impresji" ("artPapier", 15.05.2017), "zbiór obserwacji, przemyśleń i historii z życia małego kraju" ("Centrum Studiów Polska-Azja", 26.05.2017), "połączenie prozy poetyckiej ze wspomnieniami, esejem historycznym i reportażem" (www.bernadettadarska.blogspot.com, 28.05.2017), "miniesej podróżny" oraz "autobiograficzna miniatura" ("Nowe Książki" 2017, nr 5). Zresztą - już w ramach książkowego Wstępu autorska niepewność znajduje odbicie w opalizującym rozbłysku metafory:

Pochylałam się więc nad fragmentami, kadrowałam rzeczywistość i z ułamków układałam mozaikę. Niektóre obrazy powracały, bo nowy kontekst przydawał im nowych znaczeń. Powracały góry, które inne były o świcie i inne w nocy, powracały rododendrony i wiosny. Opowiadałam też o ludziach, zawsze jednak zmieniając im imiona, bo choć istnieli naprawdę, to każdy pojawiał się jedynie jako jeden z wielu sobie podobnych (T, 10).

     W efekcie - tekst dojrzewa "drapieżnie", niczym autonomiczny organizm:

I w ten sposób moje fraktalne zapiski, choć żyły własnym życiem, powoli układały się w książkę (T, 10).

     A więc jako zasada organizacyjna: składana z fragmentów "mozaika" lub/i sekwencja "obiektów fraktalnych", ciąg - stanowiących niezbywalny element większej całości -samopodobnych "zapisków". Tak rekonstruowany proces formowania materiału, jego strukturyzacji i wewnętrznej autonomizacji (mnożenie prawideł osobliwego uniwersum) bardzo przypomina dawne, "fikcjonalne" praktyki pisarskie Goerke. I pewnie, gdyby nie tragiczne wydarzenia, które nawiedziły posadowiony u stóp Himalajów kraj w kwietniu 2015 roku, "nepalska książka" stanowiłoby kolejny twórczy interwał w niespiesznej ewolucji "fraktalnych zapisków" autorki Pożegnania plazmy. Jednak - i tu wkraczamy w sferę prywatnych, intymnych decyzji pisarki -

Tam powstawało w dwóch etapach. Pierwszy to czas przed trzęsieniem ziemi. I ta część była dość zabawna, nieco przekombinowana, w duchu moich poprzednich książek. Wszystko diametralnie się zmieniło, bo trzęsienie ziemi właśnie zatrzęsło moją świadomością. Patrząc na to, co się stało i dzieje z krajem, który kocham, postanowiłam pomóc. Jakkolwiek, choćby w nanowymiarze. Choćby pisząc książkę, która pokaże ludziom Nepal i może zachęci niektórych do wizyty (WN).

     Ponieważ "wydarzyło się coś, czego człowiek nie uwzględnił w swoich planach i co siłą destrukcji całkiem go przerosło" (T, 10) - także koncept pisarski musiał ulec zmianie. Właściwie wersja "druga poprawiona" książki powstała na gruzach tej pierwszej ("zabawno-przekombinowanej"), która "zachwiała się, pękła", bo "odpadł od niej tynk"[4] - zyskała tym samym nowy: okrojony, ascetyczny kształt. Pierwotnie (zauważa Goerke w cytowanym kilkukrotnie wcześniej wywiadzie) "każdy z rozdzialików był trzy-, a nawet czterokrotnie większy - bardzo dużo wyrzuciłam!" (WN). Proces usuwania, eliminowania - powtórzmy: "wyrzucania" - tekstowego balastu, ślad widocznego pisarskiego ruchu ad minimum - wiąże się ściśle także z przyjęciem postawy skromnego, pokornego obserwatora. Albo też odgrywaniem roli mało zorientowanego w miejscowych realiach ignoranta:

Nie do końca rozumiem ten kraj, nie rozumiem ludzi, nie mówię nadal w tym języku [chodzi o nepali - M.J.] - to są początki moje...[5]

     Takie stanowisko zajmowała Goerke podczas spotkania z wrocławską publicznością jeszcze w styczniu roku 2013, a więc na cztery lata przed publikacją książki. Maskę niepozornego eirona zakłada jednak konsekwentnie także na potrzeby rozmów promujących gotowy, wydany w tym roku tom:

Szczerze mówiąc, dopiero od niedawna zaczynam poznawać Nepal, mimo że tyle lat tam mieszkam - nasyciłam się fasadą, a teraz zapędzam się głębiej i inne rzeczy do mnie docierają (WN).

     Ciągłe zaczynanie od początku, poznawanie "od zera", uparte "drążenie od środka, od korzenia" (W) - oto konsekwentnie obierana, silnie ironiczna strategia postępowania. Dodajmy: jawnie prowokacyjna i zaczepna. Wszak słów tych używa, ktoś kto doświadczył nie tylko młodzieńczych fascynacji i wtajemniczeń "opakowanych" w mało atrakcyjne wtedy "formy offsetowych książeczek": od komiksowych przygód Tintina w Tybecie Georges`a Prospera Remi`ego, przez "mrożące krew w żyłach opowieści Alexandry David-Néel o tybetańskich magach", po barwne historie joginów "fruwających jak ptaki" (T, 74). Słowa te wypowiada także wytrawna specjalistka - niestrudzona czytelniczka, która przeszła wieloletni, teoretyczny "szlif" sprofilowanej lektury (wedy, upaniszady, Tybetańska księga umarłych, studia nad sanskrytem, pisma Gandhiego, Tagore, Eliadego, Mertona, Paza i innych[6]). Wreszcie prozaiczka - projektująca czytelnika zorientowanego w kulturowych realiach północnej części subkontynentu indyjskiego. Czytelnika, który podejmie tekstową grę (często ironiczną) i odpowie na pytania. Na przykład takie. Dlaczego lamowie są samotni (PP, 38-40)? Kim jest chłopiec, będący fałszywą emanacją Buddy (KP, 80-83)? Co należy uznać za "największą atrakcję klasztoru, [...] leżącego nieopodal słynnej przełęczy" [...], w na "wskroś buddyjskim regionie" (KP, 86)? Jak Cumulus zamierza spłacić swe karmiczne długi (PP, 34)? Co można robić na dachu nasłonecznionego klasztoru w Katmandu (KP, 28)? Na co chorował Siddhartha (F, 27)? O czym sir Edmund Hillary rozmawiał z Szerpą Tenzingiem (F, 18)? Jak w osiem osób dojechać do Tybetu (F, 10)? Dlaczego narratora-bohatera jednego z opowiadań "jednoznaczną odrazą napawał Tybet" (NO, 10)? I czemu stronił od kobiet, ceniących narządy tantryczne wyżej od tych płciowych (NO, 10)? W jakich fikcyjnych okolicznościach "fabuły" zbuntowana Transcendentalna Radość spotkała Wandę Rutkiewicz i dostąpiła łaski dotknięcia Dalaj Lamy (NO, 84-85)? Kim był tajemniczy Mister Lee - "mistrz medycyny chińskiej", właściciel cudownej "birmańskiej paproci, rośliny szczęścia, kwiatu, który jonizuje powietrze i oczyszcza umysł z przeszkadzających emocji" (NO, 11)? Co zobaczyć może turysta wykupiwszy wycieczkę na Kanchendzongę (F, 10)? To tylko garść niewinnych pytań, na które powinien odpowiedzieć uważny czytelnik odwiedzający fikcjonalne, groteskowo "odkształcone" światy przywołanych opowiadań.
     Zarysowany w poprzednich dwóch akapitach topos udawanej skromności (powtórzmy: "dopiero uczę się Nepalu") realizuje zatem Goerke - powróćmy do reporterskiego Tam - ostentacyjnie: w trzydziestą rocznicę swej "źródłowej wyprawy"[7]. To właśnie wtedy, w okolicach roku 1987 ląduje po raz pierwszy na stołecznym lotnisku Indiry Gandhi, i wraz z polskimi himalaistami, uczestnikami wysokogórskiej wyprawy (via Tourist Camp w New Dehli), udaje się do odległego o ponad tysiąc kilometrów Katmandu - poczytując w drodze: "do bólu piękny" Dziennik azjatycki Thomasa Mertona (T, 83). Odtąd - przez kolejne dwadzieścia lat - regularnie wracać będzie do Nepalu i Tybetu (rzadziej Indii), jako podróżniczka, pielgrzym, wędrowiec. Marszruta tego czasu (wizyty w górskich, męskich i żeńskich klasztorach buddyjskich, pobyty u zaprzyjaźnionych Tybetańczyków i Bhutańczyków) została ciekawie przedstawiona przez pisarkę w przywoływanej rozmowie ze Stanisławem Beresiem, więc nie pora na szczegółowe rekonstrukcje. Dość powiedzieć, iż w roku 2006 osiada Goerke w Nepalu na stałe, otwierając trzecią dekadę - posłużmy się jej własną bronią - "konsekwentnego niezaznajomienia" z ukochanym krajem:

Do Nepalu jeździłam [...] wiele razy, aż w końcu, tak jak to sobie przed laty wymarzyłam, stał się moim drugim, albo nawet pierwszym domem. W przenośni i dosłownie, mamy dziś bowiem niedaleko Katmandu, w wiosce położonej mniej więcej na poziomie Kasprowego, mały domek z ogrodem. Wioska nazywa się Pharping, domek stoi nad skarpą i służy do niemyślenia (T, 89).

     Położony zgodnie z regułami duchowej topografii (nad przepaścią i na uboczu) domek "służący do niemyślenia" to de facto "mniszy erem" - posadowiona ustronnie samotnia, pozwalająca łatwo wracać myślą do starych, mrocznych sentencji (tempus fugit - oto ich matka) i spoglądać na bezkresne kontinuum temporalne, jako na "czas potrzebny do odszukania małych sensów" (W). Rzeczywistość w tej optyce widzenia podlega więc konsekwentnie "ekumenicznym" prawidłom - nawet ludzkie i zwierzęce wzajem przenika się tu, dopełnia, jedna i rozumie:

W ogrodzie rośnie palma, dwa drzewka pomarańczowe i himalajska sosna, a pod płotem, w labiryncie korzeni bugenwilli wymościły sobie dom myszy. Karmimy je ciasteczkami, a kruki, które nas odwiedzają, przekupujemy ryżem i masłem, żeby nam nie zjadały myszy. Karmimy też ogromnego kudłatego psa, który bardzo rytmicznie wyje i nazywa się Hiphop. Hiphop jest tajemniczy - nie je mięsa, nikt nie wie, gdzie mieszka, a jego łapy zostawiają w błocie wielkie ślady, które urywają się nagle i prowadzą donikąd. Czasami odwiedza nas też pantera, ale jej już nie dokarmiamy, bo radzi sobie sama. Pielęgnujemy za to żebraków. W naszej wsi żebracy są częścią natury, jak himalajskie sosny, jak kruki i myszy. Poimy ich, karmimy [...]. W naszym domku do niemyślenia wszystko ma swoje miejsce (T, 89).

     Najbardziej intymna sfera ludzkiego bytowania, cicha domena oikos (a więc tego, co starożytni Grecy uważali za najbliższe, bezpieczne, "przy-domowe") służy zatem wyłącznie pracy (pielęgnowanie ogrodu), niesieniu pomocy (otaczanie opieką istot żywych) oraz praktykowaniu czystej medytacji (czerpanie pożytków płynących z "niemyślenia"). Jednym słowem podporządkowana zostaje uważnemu, ofiarnemu, empatycznemu: życiu. W tak zorganizowanej przestrzeni wszystko pozostaje nieodmiennie "na swoim miejscu". Czemu zatem mowa jest o "drugim domu"? Aby odpowiedzieć na to pytanie - wypadnie zauważyć, iż rysuje się tu kolejna, wyraźna linia podziału, determinowana wspomnianą wcześniej semantyczną energią antonimicznych zaimków wskazujących: tam i tu. Otóż nepalskie "tam", ogarnięte nieposkromionym żywiołem życia, wypełnione zdolnością współodczuwania, naznaczone kardynalną cnotą bezinteresownego trwania i koniecznością podejmowania fizycznej pracy - przeciwstawione zostaje (nie wprost, a jednak!) europejskiemu "tu", "pierwszemu domowi". Wiemy wszak skądinąd, iż Goerke równe pół roku (od grudnia do maja) przepędza w Pharping - pozostałą część danego czasu dzieli między pobyty w Niemczech i w Polsce (Hamburg, Gdańsk, Poznań). I to właśnie w sercu Europy ("tu") tekstowemu scaleniu uległ ów intrygujący azjatycki dokument, czy - jak chce go nazywać pisarka, niejako wbrew deklaracji Johna Lydona wygrawerowanej na stronie tytułowej książki - "miłosny reportaż"[8]. Na pytanie Urszuli Pieczek ("Nie mogłaś Tam napisać właśnie "tam", w Nepalu?") Goerke odpowiada:

(...) ta książka powstawała przede wszystkim w Gdańsku. Polska i Nepal się we mnie uzupełniają. Oba kraje są tak samo ważne, oba mi bliskie. Pisząc o Nepalu, wolałam jednak być od niego dalej, dystans przy pisaniu jest niezbędny (WN).

     Książka mogła zatem powstać jedynie - przywołajmy plastyczną formułę Dariusza Czai - "gdzieś dalej, gdzieś indziej": pisana w separacji z miejscem, formatowana z europejskiej perspektywy, zawsze ex post. Dialektyka generująca specyficzne napięcie pomiędzy "tu" i "tam" (wytworzenie epistemologicznej różnicy, dystansującej "pierwszy" i drugi" dom) skutkuje także swoistym rozdziałem "energii narracyjnych". Obok fragmentów referujących dość dobrze znane fakty, nawet dla słabo zorientowanego w azjatyckich realiach czytelnika zachodniego (pozycja Nepalu w geopolitycznej relacji z potężnymi sąsiadami: Indiami i Chinami, uwarunkowania ekonomiczne nieprzemyślanej, rabunkowej gospodarki kraju "zacofanego", postkolonialne remanenty i resentymenty, turystyczne atrakcje i dystrakcje), pojawiają się olśniewającej urody passusy poświadczające niezwykłą intuicję poznawczą autorki i zmysł wieloaspektowej, pełnej niuansów diagnozy. W tym drugim aspekcie książka Goerke to wielkie studium nepalskiej duszy, która "cieszyć umie się wniebogłosy" i smuci się nadzwyczaj dyskretnie, implozywnie: "do wewnątrz, bezgłośnie" (T, 45). Duszy, której majestat przejawia się najpełniej w realnych kształtach bogatego rękodzieła - "przechodzącego", mimowolnie i niepostrzeżenie, w "zjawiskowe dzieło sztuki":

Nepalczycy nie tylko odlewają w brązie posągi i statuetki bóstw ze swego przepastnego panteonu. Wyplatają też dywany równie piękne jak perskie, wykuwają w kamieniu płaskorzeźby na miarę egipskich reliefów, a z drewna wyczarowują, prócz arcydzielnych portali, misternie rzeźbione meble: kredensy, komody, wielodrzwiowe szafy, stoły i krzesła. Wszystkie one mogą kunsztem spokojnie konkurować z elitą mebli powstałych we Francji za czasów Ludwika XIV. Także newarskie cegły, zdobiące gzymsy państwowych urzędów, wypalane są z precyzją godną wyższego celu i spokojnie mogłyby zdobić weneckie pałace (T, 44).

     Estetyczna wrażliwość i radosne znoszenie życiowego znoju, to tylko pierwsze z brzegu właściwości opisywanej tu społeczności, która "siedzi na swoim pięknie, jak nagi król na złotym tronie i próbuje wiązać koniec z końcem" (T, 45). Ponieważ zaś owych "końców" ostatecznie nie da się związać - wielkim orężem w walce z przeciwnościami świata (głównie: dojmującą biedą!) pozostaje wyobraźnia, której "wystarczy źdźbło słomy, żeby zrobić zeń złoty pierścionek, i to najprawdziwszy, z wybitą próbą i diamentem z butelkowego szkła". Wszak "jeśli czegoś nie można mieć, to się to sobie wymyśla" (T, 46). Raz otwarte "drzwi percepcji" mieszkańców opisywanej prowincji nie zamykają się nigdy i - być może rozumiejąca to świetnie pisarka - tak uwodzicielsko wprowadza nas w bezkresne nepalskie imaginarium. Także na płaszczyźnie szczegółu, gdy rekonstruuje pomysłowość nazewniczą lokalnych przedsiębiorców (T, 46-47), gdy śledzi kwestie związane z trendami stołecznej mody i odsłania detale galanterii obowiązującej na prowincji (T, 49), gdy odkrywa tajniki miejscowej kuchni (T, 48) i kurioza "architektonicznych niuansów" (T, 55). Przeprowadza nawet - co uznać należy za przejaw maestrii ostatecznej - fenomenologiczną z ducha analizę zawartości nepalskich straganów, egzegezę dbałą o klasyfikacyjny porządek i katalogową rozlewność. Prezentuje w pojedynkę cnotę zbliżoną do tej, którą uosabiali w duecie Bouvard i Pécuchet, bohaterowie zapomnianej niesłusznie boskiej księgi Gustave`a Flauberta. Odtwórzmy chirurgiczną precyzję stylistycznego cięcia, odsłaniającego anatomiczne tajniki kramarskiego blatu. Zobaczyć możemy tu:

(...) miniaturkę pejcza do chłostania niegrzecznej Barbie, nakręcanego Bruce`a Lee, gumowego Mao, malutkie F-16 w kształcie zdepniętej ćmy, skarpetkę z napisem "Rihannna", pojedynczą, ale za to z trzema "n", łapacz snów, wisiorek ze swastyką, zestaw mechatych kózek do głaskania w deszczowe dni albo szklaną kulę, wewnątrz której płatki śniegu spadają a to na stopy Siddharthy, a to na beret Che Guevary, a to na dach malutkiej jak kciuk pagody w Paśupatinath. Ci zaś, którzy gustują w nożach, ale nie chcą kłopotów na granicy, mogą sobie kupić khukuri w wersji soft, na przykład w postaci kolczyków, i przewieźć je w uszach (T, 50).

     Krótki przegląd straganowej galanterii najlepiej odzwierciedla chorobę, na jaką "zapadł" Nepal z chwilą, gdy "zaraził się od świata postępem" (T, 8) i w pełnej dawce przyswoił wszelkie wirusy toczące zglobalizowany świat. Od tego momentu wszak nie tylko gwałtownie "przyspieszył" (T, 8), ale też szybko począł oddalać się od swego (utrwalanego przez wieki) kulturowego wzorca, stając się nieudolną kopią zachodniego stylu życia i właściwej temu życiu: popkultury. Jawił się, jako kolejne starannie zaprojektowane "gdzie indziej" symulakrum, jako barwny falsyfikat wyświetlany na ekranie azjatyckich peryferii:

Postęp wkroczył tak nagle, jak nagle przychodzi starość - czas przyszły nieunikniony i zawsze niespodziewany. Pojawiły się komputery, komórki i internet. Skróciły się kolejki w urzędach i skróciła się droga do świata, bo świat stanął w drzwiach, w wersji wirtualnej wprawdzie, ale za to z całym swym bogactwem. Życie, przynajmniej w stolicy, zmieniło dwuzmianowy rytm i o zmierzchu zaczynało wychodzić na trzecia zmianę. Gwiazdy nad Katmandu stopniowo przegrywały z neonami i gasły, a wycie psów coraz bardziej zagłuszała muzyka z głośników. Turystów przybywało lawinowo, ale pocztówki wyszły z mody, bo zamiast pisać długopisem, że się kocha i tęskni, wystarczyło kliknąć w znak mniejszości, trójkę i Enter (T, 8).

     Ustępujące pod naporem oferty "nowego wspaniałego świata" nepalskie oryginalne "tu" trwa jeszcze w słabnącym sprzeciwie, mocuje się z napierającymi siłami "postępu". Czasem udaje przyjazną kohabitację, symuluje owocną współpracę:

Stare z nowym nierzadko szło za rękę i zdawało się zgodnie współistnieć. Szybki internet w lśniących Samsungach czy chińskich iPhone`ach nie przekreślił istnienia zapyziałych kafejek internetowych, eleganckie pizzerie nie wyparły pokątnych jadłodajni, sąsiedztwo wypasionych supermarketów nie zmniejszyło obrotów ulicznych kramików, a bladolicy grufties z fryzurami jak katedra w Kolonii bez lęku mijali na ulicy zacne panie w sari (T, 8).

     Uważny obserwator rzeczywistości wie jednak, iż opisane powyżej "zgodne współistnienie" to tylko krótki przystanek w drodze do nieuchronnego "kiedyś" - nieubłaganej przyszłości: jednolicącej marzenia, unifikującej pragnienia i układającej w eklektyczne wzorce, mozaikową (nie)rzeczywistość.
     Nie w głównej wszak mierze czasowa oś rozpięta między "tu i teraz" a "kiedyś w przyszłości" wyznacza i definiuje dynamikę myśli podróżnej prozy Nataszy Goerke. Osią tą pozostaje nieodmiennie temporalne "rozsunięcie" separujące liniowo odległe od siebie punkty "tu" i "tam". Przy czym drugi człon zestawienia ("tam") stanowi sygnaturę mierzonej upływem czasu straty. Oddaje to, co było: wtedy, niegdyś, onegdaj, owdzie. Tytułowe "tam" skrywa więc (niejako wbrew gramatycznej potencji zaimka) bezpowrotnie utracony czas przeszły, na zawsze już dokonany... Goerke zamyka to w baśniowej formule "tak było", opisującej wcale przecież nie tak odległą przeszłość:

Do Nepalu nie zawitał jeszcze wtedy pośpiech i lata osiemdziesiąte zeszłego stulecia cechowało tam [przyp. M.J.] raczej spowolnienie. Powoli chodzili ludzie, powoli toczyły się tuk-tuki i riksze, powoli wędrowało po niebie słonce. Czas nie tyle płynął, ile leniwie się sączył i nawet najbardziej dziarski turysta po mniej więcej tygodniu przestawiał się na lokalne obroty. Czekając na immigration office, nie wrzeszczał na dostojnie opieszałych urzędników, czekając na autobus, nie kopał słupa, do którego przypięty był rozkład jazdy, czekając na kelnera, cierpliwie pisał pocztówki. Nie obrażał się też na taksówkę, która zamiast jechać, przystanęła, bo kierowca wdał się w pogawędkę z kierowcą innej taksówki. Turysta wsiąkał w pejzaż i zamiast biegać od celu do celu, oddawał się błogiemu, bezcelowemu snuciu (T, 7-8).

     Nostalgicznie nastrojone oko jeszcze tęsknie wypatrywać będzie śladów dawnego, sennego życia miast, gdzie do niedawna zgodnie sąsiadowały ze sobą "domy i sklepiki", łącząc w życzliwej koegzystencji "sprzedawców grzebieni i fletów, [...] ogórków i kokosów" (T, 85). A bujne, "gęsto wyrastające" i płużące się przy ziemi życie gościnnie i ekumenicznie tuliło "kobiety myjące włosy, matki karmiące piersią, grupki debatujących mężczyzn, brodatych świętych w naszyjnikach z żółtych kwiatów", a także wszędobylskie, wałęsające się zwierzęta (T, 85-86). Synestezyjny ślad Orientu odczuwany był w swej ciężkiej, skondensowanej postaci:

Jazgot odpalanych silników mieszał się z ujadaniem kundli i piskliwą muzyką z radia, a w powietrzu unosił się ostry zapach przypraw, kadzideł i ogniska (T, 86).

     To wtedy jeszcze:

obrzeżami błotnistych uliczek spływały donikąd ścieki, a smród rzeki Bagmati robił za kompas dla błądzących w zaułkach turystów. W rzece kwitło i dogasało życie. Kobiety prały, kąpały się dzieci, a napęczniałe brzuchy martwych krów falowały na powierzchni niczym boje. Wieczorami na brzegach rozpalano kremacyjne ognie. Zapach palonych ciał mieszał się z zapachem palonych opon, kadzidła, psiego gówna i cynamonowych placków, bo tak właśnie pachnie życie, jeśli nie zatykać nosa (T, 7).

     Podobnie rzecz miała się także poza wywołaną przykładami stolicą: Katmandu. Przypomnijmy, iż wspomnienia powolnego, niespiesznego pulsu regulującego krwioobieg dawnych peryferii z równą siłą koiły melancholijne myśli niespiesznego wędrowca. Za przykład niech stanie święta ziemia Kham, gdzie "życie wiosek, ku zadowoleniu bogów, płynęło w miarowym rytmie mantr". Wszak "w Khamie bogów było więcej niż jaków: zamieszkiwali każdą górę, każde jezioro, nawet każdy kamyk (T, 119).
     Poszczególne prowincje wiodły zatem żywot pod dyktando odwiecznych, niezmiennych rytmów i powtarzalnych zachowań, a także rytuałów regulujących codzienne praktyki wspólnoty, w których dzień po dniu, "uparcie i od nowa" następował "powrót tego samego". Wiodły jednak do czasu. Wedle Goerke proces wyjałowienia postępuje systematycznie i nieubłaganie, dawne "nieusuwalne" filary (fundamenty?) kultury rodzimej zastępują tandetne zamienniki, "to, co było splata się z tym, czego nie ma" - w najgorszym przypadku oryginał podszyty zostaje falsyfikatem:

zbocza niby te same, ale już nie zalesione, powiewają chorągwie, ale już nie modlitewne, rzeki płyną, tylko się nie srebrzą, a tam, gdzie stał zdobiony malunkami smoków dom (...), jest teraz lotnisko. Także jakboje nadal pilnują swoich stad, ale rzadko już na koniach, raczej na chińskich motorach marki Hero. Starych klasztorów za to na pewno już nie ma (T, 120).

     I, jeśli zdołamy dostrzec oraz właściwie zdekodować kompozycyjny zabieg zastosowany przez Goerke (obraz anihilującej istnienia katastrofy otwiera i zamyka nepalski tom) w perspektywie nieco szerszej, możemy uznać, iż podstawową troską autorki okazuje się konieczność dawania świadectwa owemu innemu, choć równie totalnemu (kulturowemu) "trzęsieniu ziemi" - katastrofie grzebiącej pod gruzami napierającej codzienności żywe symbole prastarego "tam".


[1] Por. N. Goerke: Tam. Wołowiec 2017. W dalszej części artykułu, przywołując niniejszą książkę, operuję skrótem T i podaję numer strony. Inne tomy autorstwa Nataszy Goerke cytuję wedle następujących edycji (wraz z podaniem odpowiedniego skrótu i wskazaniem paginacji): Fractale, Poznań 1994 (F), Księga pasztetów, Poznań 1997 (KP), Pożegnania plazmy, Czarne 1999 (PP), 47 na odlew, Warszawa 2002 (NO).
[2] Sama siebie określi przekornie: "Jestem stacjonarną turystką, która zapuściła w Nepalu malutki korzonek". Cyt. za: W nanowymiarze. Rozmowa z Nataszą Goerke. "dwutygodnik.com" (214) 06/2017. http://www.dwutygodnik.com/artykul/7254-w-nanowymiarze.html [dostęp online: 22.08.2017]. Wywiad przeprowadzony przez Urszulę Pieczek. Jeśli znowu odsyłam do rozmowy - stosuję skrót WN.
[3] Zestaw ostatnich zdań, całostek zamykających poszczególne rozdziały książki, tworzy właściwie gotowy katalog aforyzmów - ale to temat na odrębny wątek, wykraczający poza główny tok wywodu.
[4] Takich - odsyłających do metaforyki architektoniczno-konstrukcyjnej - słów użyła Natasza Goerke w rozmowie z Sarą Nowicką. Por. Nie misja, a miłość. "artPapier" 2017, nr 12 (324). Cytuję za: http://www.artpapier.com/index.php?page=artykul&wydanie=327&artykul=6218&kat=1 [dostęp online: 26.08.2017].
[5] Słowa wypowiedziane przez pisarkę na deskach Teatru Polskiego we Wrocławiu, podczas rozmowy moderowanej przez Stanisława Beresia (w ramach cyklu "Magiel literacki"), w dniu 7 stycznia 2013 roku. Źródło: https://www.youtube.com/watch?v=ZjREiydGaFI [dostęp online: 25.08.2017]. Odsyłając do spotkania i wywiadu używam skrótu W.
[6] O sile przebytych lektur świadczy obrazowa moc użytych przez pisarkę fraz. Mowa jest w Tam o "magicznych, obciążonych klątwą zakazanych miłości Indiach" Mircei Eliadego, o "mistycznym pięknie wierszy" Rabindranatha Tagore, o ojczyźnie "przędącego bawełnę Mahatmy Gandhiego" (T, 75). Tak rekonstruuje autorka - w cudzysłowach podaję oryginalne tytuły rozdziałów i podrozdziałów - "początki" długiej, wiodącej przez Indie, "drogi do (nepalskiego) domu".
[7] Piszę "źródłowej", bo patronował jej (nomen omen!) nieformalny hymn pokolenia - pieśń Jacka Kleyffa Źródło, śpiewana z członkami himalajskiej ekspedycji w autobusowej kabinie u podnóża słynnych ośmiotysięczników (T, 82). Po latach - Kleyff "cudownie" powróci: jego słowa pojawią się na okładce książki w formie "polecającego" blurba...
[8] Chodzi o motto do książki, wyjęte z piosenki postpunkowego zespołu Public Image Limited: "This is not a love song". W dialektycznej kontrze do przywołanych słów pozostaje tytułowa fraza, użyta przez Goerke w jednym z wywiadów prasowych. Por. Reportaż miłosny, romans reportażowy. Z Nataszą Goerke rozmawia Maria Sokołowska. "Nowe Książki" 2017 nr 7, s. 7.

do góry









































strona 82








































strona 83








































strona 84








































strona 85








































strona 86








































strona 87








































strona 88








































strona 89








































strona 90








































strona 91








































strona 92








































strona 93

główna anthropos? teksty autorzy rada recenzentów dla autorów indeksacja archiwum   English version